Forum Słowo Pisane Strona Główna

Pięć Śmierci [Prison Break] [deathfick] [raczej angst]

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Słowo Pisane Strona Główna -> Fan Fiction
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Oprah Carwyn
natchniony pisarz


Dołączył: 28 Maj 2007
Posty: 152
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Nowhere

PostWysłany: Pon 14:26, 28 Maj 2007    Temat postu: Pięć Śmierci [Prison Break] [deathfick] [raczej angst]

Spoilery: od 2x13 The Killing Box do 2x21 Fin Del Camino - AU, plus extended version sceny z 2x22 Sona

Dla mojej Ninu, pogrążonej w żałobie wdowie po Paulu. Ninu, ciocia Sal jest z tobą, z PJ’em też. Mru :*

1. Kontury


Tunel był ciemny. Kontury oddalonych od niego sprzętów rozmazywały się, zacierały, zlewały w jedno z otoczeniem. Cholernie tego nie lubił – rozmazane kontury, zacierające się granice, wszystkie te elementy psuły klarowny, czysty układ. Świat przestawał być czarno-biały, stojące po bokach drogowskazy, od których zazwyczaj nie było odstępstw, po prostu znikały. A wtedy Kellerman musiał sam dokonać wyboru.

Słyszał wyraźnie biegnących w jego stronę braci i sam dla siebie rozważał wszystkie szczegóły planu, na którego ustalenie i dopieszczenie miał niecałe dwa dni.

A jeszcze mniej na podjęcie decyzji.

Wbiegną. Za nimi Mahone. Strzelam. Wyprowadzam ich.

Zero komplikacji.


Chyba ich usłyszał – na pewno ich usłyszał, biegli dokładnie w jego stronę, dysząc ciężko, nie rozglądając się na boki. Z chwili na chwilę ich kontury stawały się coraz wyraźniejsze, coraz bardziej klarowne. W pewnym momencie widział ich wyraźnie – nawet w jako takim oświetleniu.

Wbiegli. Za nimi Mahone.

Wysunął się naprzód, dokładnie w momencie, w którym Mahone wyrósł za braćmi.

Strzelam.

Zanim zdążył pociągnąć za spust, Mahone pociągnął za swój.

Ostatnią rzeczą, którą doszła do jego gasnącej świadomości, były dwa następne strzały.

2. Ryzyko Zawodowe


W zasadzie był przyzwyczajony do tego, że co chwila ktoś czai się za jego plecami z odbezpieczonym pistoletem. Przeszedł nad tym do porządku dziennego do tego stopnia, że w momentach zagrożenia prawie ziewał.

Prawie.

Zawsze istniał ten cień ryzyka, że odwróci się za późno; albo, że jego odwrócenie się będzie zsynchronizowane ze strzałem. Ryzyko zawodowe.

Do śmiertelnego zagrożenia życia można się było przyzwyczaić. Do wszystkiego można. Nieważne, czy chodzi o stukające rury wentylacyjne, duszące kołnierzyki czy celujące w twoje plecy pistolety – po jakimś czasie zaczyna być to po prostu normalne.

Ale nigdy nie przestaje być chore.

Pociski latały we wszystkich kierunkach, tak, jakby strzelcom Secret Service było całkowicie obojętne, czy ustrzelą Burrowsa, przypadkowego Johna Doe czy jednego z uciekających gołębi.

Zanim zdążył przekląć zamykającą przed jego nosem drzwi samochodu Tancredi, jeden z pocisków trafił w jego plecy.

3. Caroline


Chciało mu się śmiać.

Głównie z siebie. Nie wiedział, czy upadł tak nisko, czy po prostu stał się aż tak żałosny, żeby zabijać panią prezydent z powodu osobistych niesnasek.

(Tłum na dole wydawał się całkowicie obcy. Kiedyś może i miał wrażenie, że tam pasuje. Kiedyś – dawniej, kiedy wszystko dzieliło się na „pasujące do naszych interesów” interesów „nie pasujące do naszych interesów” – wydawało mu się, ze naprawdę jest jednym z tamtych.)

Przesunął butem ciało martwego ochroniarza i zajął pozycję. Pani prezydent wysunęła nogę z wnętrza swojej limuzyny, widział to wyraźnie przez celownik karabinu. Odetchnął głębiej, policzył do pięciu.

Raz.

(Tłum na dole podniósł wyżej drukowane wizerunki Caroline Reynolds, wykrzykując coś niewyraźnie. Pani prezydent zrzeszyła się z ludem, uraczając kogo mogła jednym z wypracowanych, sztucznych uśmiechów, nad którymi kiedyś razem pracowali.)

Pięć.


Pociągnął za spust, wypuszczając jednocześnie powietrze z płuc.

Miał wrażenie, że ogląda wszystko na zwolnionym filmie. Pocisk lecący w stronę Caroline, odwracającą się w stronę lecącej kuli Caroline, opadającą bezwładnie na jednego z prezydenckich pingwinów Caroline.

(Tłum na dole zamarł, odwracając się instynktownie w kierunku, z którego dobiegł wystrzał. Snajper ze stojącego naprzeciwko budynku wymierzył jako pierwszy.)

Nie miał nawet czasu powiedzieć „przepraszam”.

4. Kapitan


Nie wiedział, że ma ich aż tyle.

Cofnął się dwa kroki w tył, obserwując z dziwnym rodzajem dumy leżące rzędem pod lustrem ordery. Świeżo wypolerowane, błyszczały w odbijającym się od lustra słońcu. Zmrużył oczy, starając się przypomnieć sobie każdy moment, w którym na nie zasłużył.

Odwrócił się i przeszedł trzy kroki w stronę szafy. Otworzył jej drzwi i przez chwilę stał, wdychając ten specyficzny zapach starego drewna. Odetchnął głębiej. Szafa nie pachniała agenturą, szafa pachniała tym momentem z dzieciństwa, w którym mógł powiedzieć, ze jest szczęśliwy. Szafa pachniała tymi rzadkimi momentami, w których mógł bawić się z Kristine w chowanego, w berka, w wyskakujących z szafy piratów.

Wypuścił powietrze z płuc w jednym, przydługim wydechu. Wyciągnął rękę przed siebie. Jego palce natrafiły na materiał wiszącego wewnątrz munduru. Odruchowo odetchnął głębiej, z dziwnym szacunkiem wyciągając mundur z szafy. Przez moment – krótki moment – był w stanie tylko stać i wpatrywać się w ubiór, który był swoistą definicją Paula Kellermana.

Kapitana Paula Kellermana

Mechanicznymi ruchami włożył mundur; przesiąkł zapachem szafy, Paul nie był pewien, czy zapinając kolejne guziki przypomina sobie te kilka lat spędzonych w armii, czy śmiejacą się do niego z wnętrza mebla Kristine.

Prawdopodobnie to drugie.

Był zdenerwowany. Jego dłonie były spocone, a mięśnie napinały się w wyrazie protestu, kiedy wrócił na swoje stanowisko przed lustrem.

Spojrzał na siebie, na kapitana Paula Kellermana. Włożył czapkę, przez chwilę poprawiając ją z pedantyczną precyzją. Opuścił ręce wzdłuż ciała, po raz kolejny oddychając nerwowo. Zmusił się do spojrzenia sobie samemu w oczy, uśmiechnięcia się w ten oficjalny, żołnierski sposób.

Boisz się, Paul?

Pistolet ślizgał się w jego mokrej od potu dłoni, przytknięta do skroni lufa była zimna, zimna w ten przejmujący sposób. Czuł dreszcze biegnące wzdłuż kręgosłupa, czuł tą powracająca od wczoraj falę wątpliwości, falę strachu, zalewająca go co chwilę na nowo.

Nacisnął spust.

Już nie.

5. Uśmiech


Nigdy nie jechał w konwoju i stanowczo nie podobało mu się to, jak wygląda jego pierwszy raz.

Usiadł na tyle wygodnie, na ile pozwalały mu krepujące jego ruchy kajdany, opierając plecy o ścianę ciężarówki. Zmrużył oczy, starając się nie zwracać uwagi na spojrzenia strażników. Skupiał się na przebiegającym za oknem, miejskim krajobrazie. W pewnym momencie zaczął nawet, dla uspokojenia nerwów, liczyć wieżowce.

Doliczył do pięciu, kiedy zaczęły się problemy z samochodem.

Chciało mu się śmiać. Może gdyby miał te dwadzieścia lat mniej i zero doświadczenia, gwizdnąłby, rzucił jakąś arogancką uwagę o stanie pojazdów konwojowych i przymknął oczy. Ale – do cholery – kogo oni próbowali oszukać? Osobę, która sama opracowała system eliminowania niewygodnych więźniów? Całkiem typowe. Typowo żałosne.

Zjechali z mostu na jakąś boczną, mało uczęszczaną trasę. Odruchowo chciał zwrócić dowódcy uwagę na most, z którego jakaś zabłąkana owieczka mogła dostrzec jego śmierć podczas próby ucieczki. Taki rzeczy robiło się dalej. Za miastem.

Ale chyba scenariusz nie przewidywał jego kwestii w tym momencie.

Powinien być dumny z tego, że eliminacja odbywa się bez zakłóceń, dokładnie tak, jak to kilka lat temu zaplanował. Za chwilę otworzą się drzwi ciężarówki, zamaskowany snajper strzeli mu w głowę. Potem rozepną mu kajdany, a cały kraj usłyszy o „Paulu Kellermanie, wielokrotnym zabójcy, który został zastrzelony podczas próby ucieczki”.

Parsknął ledwie słyszalnym śmiechem.

Nawet się nie bał. Był zbyt zrezygnowany, żeby się bać.

Podniósł głowę.

- We francuskim ruchu oporu patrzenie na pluton egzekucyjny uważano za punkt honoru – zaczął spokojnie. Strażnik kazał mu się zamknąć. Kellerman uśmiechnął się niewyraźnie, po czym kontynuował: - Robiłeś swoje. Największym męstwem był uśmiech w momencie strzału.

Drzwi ciężarówki otworzyły się z wyraźnym, głośnym trzaskiem. Odwrócił głowę, uśmiechając się blado w kierunku snajpera.

- Nie spieszyliście się.

Nie był nawet zdziwiony, kiedy zamiast w głowę, oberwał w klatkę piersiową.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Słowo Pisane Strona Główna -> Fan Fiction Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group, modified by MAR
Inheritance free theme by spleen & Programosy

Regulamin