Forum Słowo Pisane Strona Główna

Kay'a'vashi

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Słowo Pisane Strona Główna -> Proza
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Isilianos
pozer


Dołączył: 13 Lut 2007
Posty: 7
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z Anterii

PostWysłany: Wto 15:12, 13 Lut 2007    Temat postu: Kay'a'vashi

Tak sobie pomyślałam... że fajnie by było usłyszeć czyjeś zdanie na temat tego tworu... nie wiem, czy jest to dostatecznie drastyczne, żeby aż pisać, że jest... ale wolę zaznaczyć, że w pewnych momentach może wydać się obrzydliwe...
W każdym razie, jest to sam początek opowiadania.


Z pochmurnego nieba zaczął padać deszcz. Obrzmiałe krople z cichym mlaskiem spadały na ziemię i mieszały się z pyłem i krwią. Grube źdźbła porastające pole, na którym rozegrała się bitwa, uginały się niechętnie pod ciężarem wody tylko po to, aby po chwili sprężystym ruchem powrócić do poprzedniej pozycji. A potem znów się ugiąć. Nieskończona walka. I chociaż deszcz zawsze przegrywał, to jednak nigdy nie zaprzestał prób ugięcia wiosennych źdźbeł. Mówiono bowiem, że gdy wszystko, co zielone ugnie się przed deszczem, że gdy słońce wzejdzie na zachodzie, a cień rzuci swój własny cień pod światło, że dopiero wtedy powrócą dawne czasy. A i to było tylko kilka wymogów.
Fadiel, wciąż z mieczem w ręce, ostrożnie przeskoczył ponad dziwnie wygiętym trupem. Mężczyzna niegdyś był człowiekiem, ale po śmierci nie był niczym więcej niż truchłem i pokarmem dla rozwrzeszczanych wron.
Chłopak szukał kogoś znajomego, mając nadzieję nie znaleźć.
Z miejsca, w którym się znajdowała rozciągał się żałosny widok przysłonięty w oddali szarawą mgiełką i z każdą chwilą gęściej padającym deszczem. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, ziemię prwie całkowicie przysłaniały ciała. Większość jednak stanowili ludzie. Od czasu do czasu widział wyższe sterty ludzkich szczątek i zawsze wiedział co znajdzie na ich szczycie: ciało niegdyś zaciekle broniącego się elfa.
Zaszeleściły skrzydła i chłopak uśmiechnął się czując na ramieniu ciężar wielkiego kruka.
-Już po uczcie, Badb? - zapytał zerkając na stworzenie, tylko po to, aby się skrzywić i odwrócić wzrok. - Nie mogłeś tego zjeść na samotności?
Kruk zakrakał obrażony i odleciał, wciąż dzierżąc zdobycz w dziobie.
Oczy…
Chłopak skrzywił się jeszcze bardziej.
Co on widzi w tych oczach…
Zagłębiał się coraz bardziej w pole pokryte setkami zwłok.
Bitwa była ciężka, ale byłaby jeszcze gorsza, gdyby ich zaskoczono. Tymczasem, to oni zaskoczyli ludzi.
Deszcz stopniowo przybierał na sile. Spływał strugami po jego czarnych włosach okalających bladą twarz, wciskał się do oczu i za kołnierz. W pewnym momencie poczuł jak zimną strugą spływa mu po plecach.
Przez coraz bardziej zamglone powietrze przebił się okrzyk. Okrzyk bólu i cierpienia, bezgranicznej straty.
Wzdrygnął się.
Znał ten głos, ale nie mógł go w tym momencie nikomu przyporządkować.
Uniósł głowę wyżej czekając, aż krzyk znów się powtórzy, jednak, jeśli nawet faktycznie się powtórzył, to utonął w deszczu.
Małe strugi wody łączyły się w coraz większe tworząc strumyczki i kałuże zabarwione karmazynową posoką. W powietrzu powoli nasilał się fetor zgnilizny i rozkładu. Gdzieś tuż obok z jednego z ciał wydobywał się cichy syk.
Nagle zimne palce zacisnęły się na jego kostce. Chłopak spojrzał w dół unosząc w pogotowiu miecz i wycelowując go w mężczyznę, który wbijał w niego zamglone oczy.
-Dar łaski - wychrypiał i z jego ust wypłynęła strużka krwi.
Fadiel kucnął i popatrzył na człowieka, któremu śmierć nie chciała przyjść z pomocą.
-Skąd jesteś? - zapytał spokojnie, przyglądając się wykrzywionym w bólu rysom.
Kiedyś mógł być przystojny. Brązowe włosy, brązowe oczy, gładko wygolona broda i ostro zarysowana szczęka. Kiedyś mógł być arystokratą, jakimś lordem, panem, a może nawet księciem.
-Ze… stolicy… proszę… - oddychał coraz ciężej, zaś mówienie przychodziło mu z trudem.
Bierze mnie za swojego - pomyślał, po czym westchnął głośno i płynnym ruchem wbił miecz w czoło mężczyzny niemal natychmiast go wyszarpując. Przez chwilę patrzył z zainteresowaniem, jak krople deszczu mieszają się z krwią na czarnej klindze, następnie bezceremonialnie wytarł go o spodnie zmarłego.
Eleanor? - pokierował tak myśl, alby popłynęła w każdym możliwym kierunku. - Eleanor!
Jednak zamiast bliźniaczej siostry odpowiedziało mu milczenie.
Zaniepokojony ruszył w górę zbocza.
Może jest w obozie… A jak jest, to już jej powiem do słuchu, co grozi za nie odpowiadanie na wołanie, zwłaszcza tuż po bitwie.
Zdołał przejść zaledwie pięćdziesiąt jardów, gdy na jego drodze wylądował kruk.
-Już zjadłeś to swoje oko? - burknął omijając stworzenie.
Badb zakrakał gardłowo i pomaszerował w prawo zaciekle trzepiąc czarnym ogonem.
Chłopak pokonał następne pięćdziesiąt jardów i nagle poczuł jak kruk siada na jego ramieniu. Uśmiechnął się i szedłby dalej, gdyby nie uderzenie w skroń, jakie zaserwował mu ptak.
-Badb! Spadaj ty nadęty bakłażanie! - krzyknął ocierając policzek z własnej krwi.
Zamknął oczy i nakazał ciału regenerację. Skóra zasklepiła się pozostawiając cienką, srebrzystą kreskę.
Kruk zaczął zajadle dziobać go po łydce.
-Czego chcesz?! - warknął groźnie patrząc na pierzaste stworzenie. - Jeszcze ci nie wybaczyłem, a jeśli w taki sposób chcesz o nie prosić, to…
Badb zasyczał szeroko rozkładając skrzydła i odskakując do tyłu. Tym razem młodzieniec zrozumiał.
Czarny ptak poprowadził go przez labirynt ciał i strug rzęsistego deszczu w bliżej nieokreślonym kierunku. Był bardzo zaaferowany, a to, że się spieszył, zaniepokoiło chłopaka. Zaczął biec.
Po chwili kruk nagle się zatrzymał przysiadając na ręce pozbawionej reszty ciała. Fadiel zmrużył oczy i rozejrzał się nie wiedząc, czego ma szukać.
Badb zmierzył go wzrokiem pełnym politowania i podbiegł do pokaźnej sterty ludzkich ciał, spomiędzy których wystawały kłęby futra.
Przez twarz chłopaka przemknęło najpierw rozpoznanie, a potem strach.
Rzucił się do przodu i zepchnął trupy. Gdzieś ze spodu dobiegło go ciche warknięcie.
-Lanya!
Po chwili odkopał młodą wilczycę, nieodłączną towarzyszkę jego siostry.
Zawsze białe i starannie ułożone futro, teraz było zmierzwione i pozlepiane krwią zmieszaną z błotem. Przednia łapa była wygięta pod dziwnym kątem, a przez cały bok biegło zapaskudzone ziemią cięcie, w którym już powoli zaczęła pojawiać się ropa.
Fadiel zaniepokojony zaczął nasłuchiwać oddechu, bicia serca, szumu krwi, czegokolwiek. Po chwili dotarło do jego uszu słabe echo pracy komór sercowych, potem niemalże niewyczuwalny oddech.
Żyje…
Nakazał ziemi opuścić ranę, ale nie mógł jej zasklepić, tu potrzebował Aspeditha. Jeśli chodziło o zrastanie kości, to ta sztuka również przekraczała jego możliwości. On potrafił rozkazywać tylko własnemu ciału.
Nagle przeszył go dreszcz, a jego blada skóra zbielała jeszcze bardziej, niż wydawało się to możliwe.
-Badb? - zapytał ze strachem w głosie.
Kruk podniósł zakrwawiony dziób, z którego zwisały fragmenty mózgu jakiegoś nieszczęśnika, któremu właśnie grzebał w oczodole.
Młody demon stłumił obrzydzenie.
-Eleanor tutaj nie ma… prawda?
Stworzenie pokręciło głową i wróciło do rozgrzebywania ciał w poszukiwaniu, jeszcze całych oczu.
Fadiel, wciąż blady i zaniepokojony, delikatnie podniósł Lanyę i ruszył w stronę obozu.
Deszcz powoli przestawał padać, a gdy chłopak znalazł się na miejscu ustał całkowicie, jednak ze wszystkich wyżej położonych obszarów spływały czerwone strumyczki.
Zaraz przy wejściu natknął się na Drivega.
-Zajmij się nią… złamana łapa, kilka żeber… no i ta rana. Musi żyć - poinformował młodzieńca podając mu wilczycę.
-Przynajmniej tyle dla ciebie mogę zrobić - odpowiedział Driveg z niespotykanym u niego smutkiem w głosie.
Fadiel zamrugał raptownie i popatrzył uważniej na młodego elfa.
-Słucham?
-Poszukaj Aspeditha - stwierdził krótko i odszedł.
Fadiel przymrużył lekko jedno oko patrząc za oddalającym się Drivegiem. Coś było nie tak.
Znalezienie chłopaka siostry, a swojego najlepszego przyjaciela, nie zajęło mu wiele czasu.
Smukły elf, o brązowych, opadających na ramiona delikatnymi falami włosach kończył właśnie układać stos pogrzebowy.
Chłopak przyglądał się temu przez chwilę z konsternacją. Nigdy po wojnie nie urządzali tak szybko pogrzebów, a już zwłaszcza Aspedith nie robił tego osobiście.
Podszedł zaciekawiony do przyjaciela i już miał zadać pytanie, któro cisnęło mu się na usta, kiedy elf spojrzał na niego. Jego twarz wyrażała bezgraniczną stratę, a po policzkach płynęły łzy.
Fadiel otworzył i zamknął usta, po czym znów je otworzył. Nigdy nie widział aby jakikolwiek elf ronił łzy.
-Co się stało? - wydusił z siebie w końcu.
Twarz elfa wykrzywił straszliwy grymas rozpaczy.
-Ele… Eleanor… ona… nie żyje... - głos mu się załamał i z furią rzucił ostatnim kawałkiem drewna w stos pogrzebowy. Kilka patyków osunęło się z głośnym trzaskiem na zieloną trawę.
Fadiel otworzył usta i poruszył nimi, jak ryba wyciągnięta z wody. Miał wrażenie, że nagle zabrakło mu powietrza, że cały świat się zawalił. Właściwie, to chyba nawet słyszał jak się wali.
Jego siostra, bliźniacza siostra, która zawsze i wszędzie była z nim. Od poczęcia. Od zawsze. Odkąd istniał. Teraz miała tak po prostu zniknąć z jego życia? Jej obecność była dla niego czymś niezachwianym i tak oczywistym, jak to, że słońce zawsze wstaje na wschodzie, a zachodzi na zachodzie.
To niemożliwe… Przecież to ona lepiej władała bronią, może i była słabsza, bo nie przeszła przemiany… ale technicznie zawsze była lepsza. Nieprawda. Niemożliwe! ELEANOR! - zawołał ją tak jak zawsze wołał. Jednak i tym razem nie usłyszał odpowiedzi. Nie było jej. Zostawiła go. Umarła. - Zawsze odpowiadała. Zawsze…
Czuł jak w oczach zbierają mu się łzy. Zamrugał gwałtownie i unosząc wyżej głowę zobaczył Aspeditha, który zmierzał w stronę stosu.
Przeszył go dreszcz i fala rozpaczy, a potem następna, jeszcze silniejsza - gniewu i wściekłości.
Elf niósł w ramionach zmaltretowane ciało. Złote włosy były posklejane krwią i błotem, twarz praktycznie nierozpoznawalna, głębokie i liczne cięcia przeszywały klatkę piersiową. Jednak nie ulegało wątpliwości, że była to jego siostra. Eleanor była jedyną blondynką w elfickiej armii.
-Ele… - szepnął podbiegając do niej i chwytając zimną, bezwładną dłoń. - Co oni ci zrobili?! Ele…
Opanowała go pustka i straszliwy gniew.
Czuł przez skórę ból promieniujący od ciała. Katusze, przez jakie przeszła. Słyszał oburzenie krwi, której tak niewiele zostało w kruchym ciele. Wypłynęła przez niezliczone rany. Gdzieś dookoła rozbrzmiewały przebrzmiałe już krzyki jego siostry. Krzyczała zmienionym przez ból głosem. Zobaczył przed sobą błysk miecza, wykrzywioną w szyderczym uśmiechu przystojną twarz młodego mężczyzny. I słowa. Były też słowa.
-Wziąłbym cię tu i teraz, gdybym tylko miał czas. Ale go nie mam.
Puścił bezwładną dłoń i wszystko ustało.
Odnajdę cię i zabiję - przysiągł, po czym nagle pobladł. Widział tego mężczyznę. Przed chwilą własnoręcznie udzielił mu daru łaski.
Patrzył nie mogąc się ruszyć, jak Aspedith kładzie swoją narzeczoną na stosie, jak oblewa go oliwą i jak pochłania ją jeden z żywiołów. Czarny dym i swąd palonego mięsa, to zapamiętał najlepiej.
Wtedy właśnie podjął decyzję. Nie było już Eleanor, nie mógł pomścić siostry, bo ten, który ją zabił doznał łaski z jego własnych rąk. Nie było tutaj już nic.
Badb usiadł mu na przedramieniu i wbił w niego swoje jasnoniebieskie oczy.
Jak niebo… jak wolność… - pomyślał czując słone łzy na policzkach.
Odwrócił się i poszedł odszukać Drivega.
Młody elf stał obok namiotu uzdrowicieli.
-Gdzie Lanya?
-Tak mi przykro…
-Gdzie Lanya?! - warknął Fadiel wbijając rozeźlone spojrzenie w rozmówcę.
-W środku…
Odchylił poły materiału i wszedł do sterylnie czystej przestrzeni. Biała materia, przez którą przedostawało się nikłe światło, wzmacniała je i nadawała nienaturalny kolor twarzom pacjentów.
Zatrzymał pierwszą napotkaną elfkę, wyglądającą na uzdrowicielkę.
-Gdzie jest wilczyca?
-Tam, demonie - kobieta wskazała na odległy róg namiotu, po czym wróciła do swoich zajęć.
W kilka uderzeń serca znalazł się przy chowance jego siostry i z ponurą satysfakcją zauważył, że elfowie zdążyli już ją uzdrowić. Badb przesunął się na ramię, a chłopak delikatnie podniósł nieświadomą Lanyę i wyszedł z namiotu.
-Dokąd idziesz? - zapytał Driveg.
-Do domu…
-Ale.. przecież… tu jest twój dom… tak mówiłeś.
-Już nie - szepnął i otworzył portal.
Znalazł się w krainie ludzi, z której przybyło tyle zła, do świata, który właśnie opuścił. Nagle wilczyca otworzyła oczy i wygięła ciało do tyłu. Fadiel stracił równowagę i razem z nią runął na ziemię. Kruk zakrakał obrażony, a Lanya zerwała się na cztery łapy i zaczęła przeraźliwie wyć. Długi dźwięk przepełniony smutkiem, żalem i bezgraniczną stratą…
Fadiel obudził się zlany zimnym potem.
Za oknem było jeszcze ciemno. Odrzucił grubą kołdrę i wstał.
Nie znosił tego snu. Ze wspomnień potrafił wyrzucić pewne informacje, ale sny, to co innego.
Przeczesał czarne włosy i zszedł na dół.
Odkąd zaczął grać w drużynie wiodło mu się bardzo dobrze. W świecie ludzi, świecie swojego dzieciństwa, przebywał niespełna dziesięć miesięcy.
Jednak nic nie potrafiło go uwolnić od wspomnień, które wracały ze zdwojoną siłą, zwłaszcza, gdy nadchodziły święta.
Lanya wylegiwała się przed kominkiem. Już nie była białą wilczycą. Po powrocie jej futro stopniowo zaczęło ciemnieć, przybierać szary, a potem czarny kolor. Jakby w żałobie.
Fadiel nienawidził snów, a już zwłaszcza bolesnych wspomnień.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Euterpe
pozer


Dołączył: 13 Lut 2007
Posty: 9
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Wto 16:41, 13 Lut 2007    Temat postu:

Ha, ja Cię wszędzie znajde Very Happy
I tak wiesz co powiem Wink
Swietnie jak zawsze.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Słowo Pisane Strona Główna -> Proza Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group, modified by MAR
Inheritance free theme by spleen & Programosy

Regulamin